innainaczej - archiwum
[strona główna]
reaktywacja
2009-11-03 00:44:22
reaktywacja
oj, przypadkiem weszłam na mojego szanownego bloga i się zaskoczyłam (pozytywnie), że:
a) jeszcze istnieje i mi go nie skasowali;
b) nie wykasowałam wszystkich notek;
c) takie pozytywne wspomnienia się z nim łączą.
to wszystko spowodowało, że postanowiłam coś tu jeszcze naskrobać.
w zasadzie, to tak wiele się zmieniło od czasu, kiedy tu pisałam, że nie wiem, od czego zacząć.
może znowu zacznę pisać w miarę regularnie? już zdążyłam zapomnieć, jaką radość mi to kiedyś dawało. ale, z tego, co zaobserwowałam, nie istnieje już większość blogów, którymi posiłkowałam swoją osobę swojego czasu. szkoda np., że $ skasowała swojego - nigdy nie zapomnę notki o odkurzaczu i złamanym palcu podczas biegu do komputera, 'bo ktoś mi napisał coś na gg':)
przypomniała mi się notka, w której zastanawialiśmy się wspólnie, co każde z nas będzie w przyszłości robiło - teraz to się już powoli klaruje - jak dalece odległe od rzeczywistości były nasze wyobrażenia...;)
albo notka o fryzjerze - przedwczoraj znowu byłam u grzesia i znowu mam krótkie (jak na siebie) włosy, tyle że bez grzywki (awangardowej) :)
albo krab roman...:D
fajnie jest sobie przypominać te czasy, kiedy byliśmy małymi dzieciaczkami:)
trochę cierpię na niedomiar czasu - przez studia, przez pracę licencjacką, przez aiesec, ale w zasadzie to jest mi dobrze. ze sobą i z innymi. w sumie 2 lata temu podjęłam bardzo dobrą decyzję, żeby zacząć studia w innym mieście. ciekawe, co by było, gdybym została we wrocławiu; ciekawe, jak bym się odnalazła na ue. w warszawie jest mi mega dobrze, a pamiętam przecież, jak bardzo narzekałam, na to 'duże, niefajne, betonowe miasto'... nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jakby to było nadal mieszkać z rodzicami, codziennie jeździć autem na zajęcia, wracać na zielony biskupin i wciąż chodzić na imprezy do bezsenności;)
przez te wszystkie lata zatraciłam w sobie to beztroskie dziecko, które, z perspektywy czasu, tak bardzo lubiłam. pewnie to normalne następstwo starzenia się (ile to już wiosen minęło...;), ale mimo wszystko żałuję. trochę mnie przeraża konsumpcyjny i korporacyjny świat, w którym jednak trochę tkwię. są chwile, gdy myślę sobie, że to wszystko jest trochę za poważne. nawet imprezy są inne - jakieś takie bardziej dorosłe (jakkolwiek dziwnie to brzmi). szkoda, że już dawno nie miałam okazji pośmiać się z buby, która straszy w parku szczytnickim, czy, generalnie, bo przecież wszyscy wiemy, o co chodzi - śmiać się, nie wydając z siebie żadnego odgłosu:)
mimo to, cieszę się strasznie, że nadal mam tych samych przyjaciół. cieszy mnie również świadomość, że są to przyjaciele na całe życie. chociaż - czy można coś takiego w ogóle powiedzieć? chyba można. tak, można:)
jedna rzecz, która się nie zmieniła, i nie zapowiada się, żeby w najbliższym czasie się zmieniła - nadal w moim życiu występują prawidłowości: im więcej obowiązków, tym fajniej i im więcej obowiązków, tym bardziej zajmuję się rzeczami mało ważnymi;) np. odświeżaniem bloga, na którym poważnie nie pisałam od...5 lat? zważywszy, że to 1/4 mojego życia, to jest to naprawdę spory kawałek czasu.
o, i znowu mogę stwierdzić, że lubię pisać. i nawet mi bardziej odpowiada fakt, że raczej nikt tu już nie zagląda, ale piszę i gdzieś to jest.
mam fazę na 'meet me halfway' - oczywiście wiąże się to niezaprzeczalnie z tym, że za około miesiąc, gdy usłyszę tę piosenkę, to mnie będzie skręcać, ale przynajmniej teraz dobrze się tego słucha.
coś mi klekocze w klawiaturze - przydałoby się oddać mojego wysłużonego laptopa do serwisu, zwłaszcza, ze niedawno pojawiły się jakieś różowe paski na ekranie...;)
skończył się kolejny sezon f1. już się nie mogę doczekać marca; ciekawe, jak to będzie w przyszłym roku - alonso w ferrari (w końcu) z massą - będzie się działo:)
tak się patrzę na mój szablon i wydaje mi się, że powinnam go zmienić, bo taki trochę depresyjny się wydaje. już nawet nie pamiętam, jak to się robiło; muszę się znowu podszkolić w manualnej obsłudze bloga;)
znamienne dla mnie się stało jakiś czas temu, że zaczęłam bardzo pozytywnie patrzeć na świat. nie, żebym jakoś szczególnie została obdarowana - tylko po prostu zaakceptowałam miejsce, w którym się znajduję. przestałam żałować swoich decyzji, świadomie patrzę się na siebie i na interakcje, jakie mam z innymi. dostrzegam niuanse, które kiedyś jakimś sposobem mi umykały. lepiej poznałam siebie, dowiedziałam się rzeczy, o których kiedyś myślałam, że mnie nie dotyczą.
narzekam czasem jednak na pewną rutynę w moim życiu - niby dużo się wokół mnie dzieje, ale mam wrażenie, że jest to takie zbyt unormowane. mam ochotę zrobić coś całkowicie nieplanowanego, takiego, że będzie mi się łezka w oku kręciła na pamiątkę za 50 lat. oczywiście, nie mam jeszcze pomysłu konkretnego, ale wierzę, że w końcu coś wymyślę:)
uff... czuję się teraz trochę, jak na spotkaniu z dawnym znajomym - co u Ciebie, a co u mnie, gadka-szmatka. może jeszcze sie wyrobię na nowo i zacznę pisać trochę bardziej składnie. fajnie by było, gdyby tak mi wychodziło pisanie pracy licencjackiej, co na razie stanowi dla mnie nie lada wyzwanie, bo trudno mi sprecyzować ten jeden jedyny mały wycinek, nad którym będę rozważała przez określoną liczbę stron, operując czcionką times new roman z marginesami 3x3.
teraz to już się przeradza powoli w pisanie dla samego pisania, ale mam to szczęście, że nikt tego czytać nie musi, zatem mogę się produkować, ile tylko dusza zapragnie.
idę sobie herbatę zaparzyć.
.
.
.
herbata gotowa, a przy okazji kolejna refleksja - chyba jednak nie jestem tak chaotyczna, jak kiedyś - mimo że z reguły nie mam czasu, to i tak potrafię sobie wszytsko tak poukładać, że się wyrabiam - rokujące na przyszłość - może kiedyś będę w stanie korzystać z kalendarza?
już bardzo, bardzo dawno tak dużo nie mówiłam/pisałam o sobie samej. kolejny pozytywny aspekt bloga - można się wygadać do siebie samej bez podejrzenia schizofrenii. chociaż ostatnio (dzięki chronicznym problemom z zasypianiem), po zażyciu tabletki nasennej, rozmawiałam ze ścianą. na usprawiedliwienie dodam, że na jednej ścianie mam tapetę z kobiecymi twarzami. z tej nocy pamiętam jedynie, że bardzo intrygowało mnie, dlaczego tylko jedna (z powtarzających się czterech) twarz miała czerwone usta, a reszta była jedynie czarnymi konturami:)
sądzę, że to by było tyle tytułem wstępu. pozostaje mi mieć nadzieję, że trochę tu będę pisać, bo czasem warto z siebie wyrzucić parę myśli, a jakoś specjalnie nie pociąga mnie pisanie ręcznie pamiętnika. raz się za to wzięłam, ale tak trochę z dupy strony, bo zaczęłam od opisywania zdarzeń przeszłych, co po pewnym czasie stało się mega nudne;) więc tutaj się będę skupiać na codzienności. oczywiście, jeśli w ogóle coś będę pisać.
o, i napiszę jeszcze, że w połowie października tego roku spadł śnieg:)
/ewik/
fak. znowu zapomniałam o herbacie. to się nigdy nie zmieni;)
skomentuj (2)